Pewnie ostatnimi czasy obiło się Wam o uszy hasło "zero waste", czyli proekologicznego stylu życia, w którym dąży się do tego, aby nasze gospodarstwa domowe produkowały jak najmniejszą ilość śmieci, z których tak naprawdę tylko niewielka ilość ulega przetworzeniu, a większość ląduje na ciągle powiększających się wysypiskach. Jeśli jesteście zainteresowani tym tematem i poszukujecie obszernego, ale i bardzo przystępnego źródła wiedzy, to książka amerykanki Amy Korst pod tytułem „Zero waste - śmieć mniej, żyj lepiej” spełni Wasze oczekiwania.
Tanie mięso psy jedzą - tak mówi znane porzekadło, z tym, że obecnie tanie mięso z przemysłowych hodowli je większość z nas, niejednokrotnie nawet nie zdając sobie sprawy z tego, w jakich warunkach ten smaczny kotlecik został uzyskany. Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa to książka, którą warto przeczytać, aby zyskać większą świadomość tego, ile tak naprawdę kosztuje to nasze tanie i zdrowe mięso.
Joanna Glogaza - "Slow life - zwolnij i zacznij żyć" - kolejna książka autorki bloga The Style Digger i moja o tej książce opinia - zapraszam do czytania!

Bieganie, jak każde hobby, ma cieszyć, dawać oddech, utrzymywać w dobrej formie i bawić, spełniać potrzebę samorealizacji, budować przekonanie o własnej wartości.
![]() |
| Grzegorz Rogóż - Bieganie dla początkujących i zaawansowanych - spora dawka rzeczowej wiedzy! |
Czy przydługi tytuł książki dobrze oddaje jej zawartość? I czy aby na pewno sięgając po "Dietę i Trening" Katarzyny Biłous zdrowo zbudujemy siłę i wytrzymałość? Ja tam nic nie wiem na pewno, ale tym, co wydaje mi się, że wiem dzielę się w recenzji tej książki.
![]() |
| Katarzyna Biłous - Dieta i Trening - jak to jest z tym budowaniem siły i wytrzymałości |
Książka o bieganiu skierowana do kobiet. Czegóż to ludzie nie wymyślą, można by powiedzieć. Po głębszym jednak namyśle i przeczytaniu tego poradnika, okazuje się, że książka o bieganiu dla kobiet, to wcale nie taki naciągany pomysł! Zwłaszcza, że "Bieganie. Kobieca strona mocy" jest całkiem różna od książek dotyczących biegania, które do tej pory recenzowaliśmy na blogu.
![]() |
| Bieganie. Kobieca strona mocy - wg mnie bardzo przydatny poradnik |
Minimalizm dla zaawansowanych Anny Mularczyk-Meyer, czyli co jeszcze da się napisać na temat minimalizmu? I czy można - jak mówi podtytuł - uczynić życie jeszcze prostszym? Druga książka autorki dotycząca minimalistycznego stylu życia. Warto ją czytać, czy jest to może tylko "skok na kasę"? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w recenzji - zapraszam.
![]() |
| Anna Mularczyk-Meyer - Minimalizm dla zaawansowanych |
Przewodnik po bieganiu ultra autorstwa Hala Koernera i Adama W. Chase’a. Skok na kasę, czy może zbiór przydatnych porad, dla wszystkich którzy zamierzają biegać na dystansach dłuższych, niż maraton? Prezentujemy garść luźnych uwag na temat tej niewielkiej książeczki.
Do napisania recenzji tej niewielkiej książeczki zbierałem się od dłuższego już czasu. Zbierałem się, zbierałem i zebrać się nie mogłem. Nie wiem w sumie dlaczego. Może dlatego, że i specjalnie pisać nie ma o czym?![]() |
| Przewodnik po bieganiu ultra - kompozycja artystyczna ;) |
Chociaż tak sobie myślę, czy może z tego tytułu książki nie można by zrobić nazwy serii, pisząc go „Szczęśliwi biegają - ultra”. Jak już pewnie wszyscy się domyślili, tekst będzie o książce Magdaleny Ostrowskiej-Dołęgowskiej i Krzysztofa Dołęgowskiego - określających siebie tytułowym mianem szczęśliwców biegających ultra.
O czym jest ta książka? Teoretycznie i według tego co widnieje w tytule, o bieganiu oczywiście. Długim i trudnym bieganiu w terenie. Praktycznie - przynajmniej w moim odczuciu - jest to książka o życiu. O podejmowaniu pewnych wyborów, liczeniu się z ich konsekwencjami i świadomym postępowaniu tak, a nie inaczej. O tym, że mamy możliwość decydowania i gdy z niej korzystamy, robi się trudno, lecz za to interesująco. Wszystko, co napiszę poniżej o tej książce, to wyłącznie moje poglądy. Mój subiektywny zbiór wrażeń. Nie trzeba się z tym zgadzać. Nie trzeba tego lubić. Po prostu piszę, jak ja to widzę.
O czym jest ta książka? Teoretycznie i według tego co widnieje w tytule, o bieganiu oczywiście. Długim i trudnym bieganiu w terenie. Praktycznie - przynajmniej w moim odczuciu - jest to książka o życiu. O podejmowaniu pewnych wyborów, liczeniu się z ich konsekwencjami i świadomym postępowaniu tak, a nie inaczej. O tym, że mamy możliwość decydowania i gdy z niej korzystamy, robi się trudno, lecz za to interesująco. Wszystko, co napiszę poniżej o tej książce, to wyłącznie moje poglądy. Mój subiektywny zbiór wrażeń. Nie trzeba się z tym zgadzać. Nie trzeba tego lubić. Po prostu piszę, jak ja to widzę.
![]() |
| Szczęśliwi biegają ultra - yerba i dobra książka |
Przyznaję się bez bicia, że ostatnio moja obecność na blogu była ograniczona do minimum. Większość wpisów wyszła spod ręki Leona, który pracowicie i systematycznie „obrabia” blogowe poletko publikując nowe wpisy dwa razy w tygodniu, hojnie okraszając je zdjęciami, w dużej mierze własnego autorstwa. Mnie przypada rola fotografa jedynie wtedy gdy moja druga połowa bierze udział w zawodach biegowych. Jednakże jak wskazuje nazwa, jest to blog, który prowadzimy wspólnie, pora więc zabrać się do roboty i dokonać subiektywnego przeglądu najciekawszych lektur ostatniego kwartału.
![]() |
| Było o bieganiu, teraz trochę o czytaniu |
Antologia polskiego reportażu XX wieku pod redakcją Mariusza Szyczygła – tom I
Ostatnio nie bywałam zbyt często w miejscowej bibliotece. Spowodowane było to kompulsywnym czytaniem skandynawskich kryminałów w ilościach hurtowych na „kundlu”oraz śledzenia losów bohaterów „Gry o tron” i rozkminiania, kto jest moim ulubionym bohaterem i czy warto się do niego przywiązywać, bo i tak niechybnie wkrótce uda się na tamten świat no bo przecież „valar morghulis” - kto ogląda ten wie i pogodzony jest z nieuniknionym. Wreszcie jednak zasoby kindlowe skończyły się i zawitałam w progi miejscowej biblioteki gdzie znalazłam perełkę w postaci zbioru arcyciekawych reportaży.![]() |
Antologia polskiego reportażu XX wieku pod redakcją Mariusza Szyczygła – tom I
|
"Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach" tak brzmi pełny tytuł książki Matta Fitzgeralda, w której autor proponuje, aby biegać wolniej, by biegać szybciej ;)
Książka wpadła w nasze ręce trochę przypadkiem, przy okazji zakupu biografii Chruszczowa - "Chruszczow. Człowiek i epoka", którą na marginesie wszystkim miłośnikom historii gorąco polecam. Jako się rzekło, przy okazji Chruszczowa do koszyka trafiła książka bieganiu metodą 80/20.
Sama metoda 80/20 przedstawiona w książce to nic innego, jak dobrze znana i znajdująca zastosowanie w różnych dziedzinach życia tzw. Zasada Pareto zastosowana tutaj do biegania. Nie będę się rozwodził nad tym, kto dokładnie ową zasadę sformułował. Chodzi w niej mniej więcej o to, że niewielka ilość przyczyn (20) odpowiada za większość występujących zjawisk (80), lub inaczej: jest to zasada "vital few and trivial many" - "kluczowych nielicznych i błahych licznych", jak to ładnie przedstawia Wikipedia.
Jak łatwo się domyślić w bieganiu metodą 80/20 idzie o to, aby około 80% jednostek treningowych (biegów) odbywało się z niską intensywnością - poniżej progu wentylacyjnego. Wg różnych systemów można ją określić jako WB1, easy run, rozbieganie, a tylko 20% biegów wchodziło w intensywność średnią i wysoką.
W pierwszej, teoretycznej części książki, autor - przytaczając i przeróżnie interpretując - a rzekłbym nawet - momentami naciągając - wyniki badań, za wszelką cenę stara się udowodnić czytelnikowi skuteczność i racjonalność metody 80/20. Przyznać muszę, że nawet bez jakiejś głębokiej analizy czytelnik może odnieść wrażenie, że gdzieś tam między wierszami Matt przyznaje, iż tak do końca to nie jest to wszystko takie pewne i to 80/20 to nie musi być tak dokładnie 80/20, a może nawet inne systemy dają lepsze wyniki, ponieważ jednak postawił sobie za cel stworzenie systemu 80/20, tak więc pozwala sobie tu i ówdzie pewne rzeczy troszkę nadinterpretować na korzyść swojego pomysłu. Ze smutkiem stwierdzić muszę, że ta część książki przemawia do mnie najsłabiej, a dodatkowe nadinterpretacje nie przemawiają na korzyść autora.
Druga część książki to część, rzekłbym, praktyczna. Aby to wszystko jakoś usystematyzować i wyjaśnić Matt Fitzgerald proponuje przeróżne systemy określania wysiłku i jego intensywności. Przyznać muszę, że na pierwszy rzut oka strasznie to wszystko pogmatwane i pomieszane. Bo mamy tutaj i wysiłek postrzegany i tętno i zakresy tempowe wg McMillana, kto czytał Danielsa dopatrzy się tutaj także i nawiązań do jego koncepcji, tylko inaczej opakowanych i nazwanych. Na końcu łączymy cały ten zlepek różnych koncepcji w całość odpowiadających sobie wyznaczników intensywności. Mnóstwo opisów, danych i tabelek.
Od czegoś jednak trzeba zacząć. Wg autora całą zabawę z systemem 80/20 winniśmy rozpocząć od wyznaczenia naszego tętna na progu mleczanowym. Matt proponuje tutaj zastosowanie 30-minutowego biegu na jak najdalszą odległość. Średnie tętno z ostatnich 10 minut biegu to własnie nasze tętno na progu mleczanowym. Następnie - wg kolejnej tabelki - wyliczamy sobie pozostałe strefy tętna, wg których będziemy realizowali nasze treningi. W drugiej części książki Fitzgerald podaje gotowe plany treningowe zbudowane zgodnie z zasadą 80/20 i przygotowujące do startu na różnych dystansach od 5 km do maratonu.
Wyznaczyliśmy tętno na progu mleczanowym, obliczyliśmy strefy tętna, dopasowaliśmy te strefy do prędkości wg kalkulatora McMillana, lepiej lub gorzej spasowaliśmy to wszystko ze zmodyfikowaną skalą Borga wysiłku postrzeganego. Ufff... w zasadzie tyle. Można zacząć biegać.
Jak napisałem: system trochę pogmatwany i naciągany. Pewne elementy jakby przeniesione z koncepcji Danielsa, trochę własnych pomysłów dodanych przez autora, do tego mnóstwo wyjaśnień, doprecyzowań i zastrzeżeń, aby to wszystko jakoś "kupy się trzymało".
Odnoszę wrażenie, że Matt Fitzgerald chciał stworzyć coś nowego i świeżego, ale nie do końca mu to wyszło. Zbyt cały ten system pokomplikował i utrudnił. Jakby sam zagubił się w tym, co chciał powiedzieć. Krótko mówiąc: przekombinował.
Nie twierdzę, że nie da się wg tego systemu trenować. Nie twierdzę, że system 80/20 nie przyniesie żadnych korzyści, bo pewnie przyniesie. Owszem da się i przypuszczam, że będą i korzyści i sensowne treningi. Dodatkowo, dokładnie wczytując się w doprecyzowania i rozległe opisy poszczególnych elementów treningowych, pozostawiamy sobie naprawdę mały margines błędu. I tutaj trzeba autorowi oddać sprawiedliwość: mimo, że długo i pogmatwanie, to jednak dokładnie i ze szczegółami wytłumaczył o co mu chodzi.
Czy dowiedziałem się z tej książki czegoś ciekawego? Jak najbardziej. Szczególnie trafiła do mnie rada, aby przy ocenie intensywności wysiłku w biegach - jak je autor nazywa - "fundamentalnych", czyli po naszemu rozbieganiach, WB1 itd kierować się raczej tętnem, niż tempem. Tempo stosować natomiast do biegów w strefie 3 i wyżej, czyli biegów fartlek i interwałów o przeróżnej długości.
To do mnie przemawia, ponieważ niemal zawsze, biegając rozbiegania wg tempa, jakoś tam samoczynnie to tempo podkręcałem i w efekcie robiłem te biegi znacznie szybciej, niż powinienem, co wcale dobre nie było. Teraz spróbuję ten typ biegów wykonywać właśnie wg wskazań pulsometru. Poza tym jakoś wreszcie do mnie dotarło, że nie muszę, ba - nie powinienem - na każdym treningu starać się biegać szybciej. Że wolne bieganie także daje mnóstwo korzyści, a poza tym, same treningi są o wiele bardziej przyjemne. A koniec końców, nie jestem zawodowcem i chciałbym z tego biegania czerpać trochę przyjemności, a nie bać się każdego kolejnego treningu, bo znowu trzeba będzie pobiec szybciej...
Książka Matta uświadomiła mi, że trochę się zapętliłem w pogoni za szybkością, zapominając o bazie, o podstawach, o wytrzymałości długodystansowej. Czas na zmiany. Zwłaszcza, że ostatni półmaraton bardzo wyraźnie udowodnił mi właśnie brak wytrzymałości... Być może kiedyś nawet pokuszę się o wyznaczenie i przyporządkowanie wszystkich proponowanych przez Matta Fitzgeralda stref i wskaźników i skorzystam z któregoś z planów przedstawionych w książce. Być może...
Czy książka "Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach" Matta Fitzgeralda jest pozycją wartą przeczytania? Myślę, że tak. Szczególnie polecam ją tym, którzy tak jak ja, mają problem z utrzymaniem właściwej intensywności wysiłku podczas długich, spokojnych biegów, którzy mają tendencję do wiecznego przyspieszania, bo jest fajnie, bo się dobrze czuję, bo szybciej, znaczy lepiej...
Kurczę, na siłowni już od dawna wiem, że więcej nie znaczy wcale lepiej, że nie sztuka "zajechać się" ciężarem. Tutaj już jakiś czas temu dotarłem do optymalnej dla mnie ilości ćwiczeń i treningów. Wiem, co i kiedy dodać, a co i kiedy ująć, żeby było dobrze. Fakt, że ta wiedza przyszła z czasem i praktyką. W bieganiu nie mam jeszcze takiego stażu i dlatego w ostatecznym rozrachunku dziękuję Mattowi za ponowne otwarcie mi oczu na sprawy oczywiste.
Książka wpadła w nasze ręce trochę przypadkiem, przy okazji zakupu biografii Chruszczowa - "Chruszczow. Człowiek i epoka", którą na marginesie wszystkim miłośnikom historii gorąco polecam. Jako się rzekło, przy okazji Chruszczowa do koszyka trafiła książka bieganiu metodą 80/20.
![]() |
| Bieganie 80/20 - Matt Fitzgerald |
Sama metoda 80/20 przedstawiona w książce to nic innego, jak dobrze znana i znajdująca zastosowanie w różnych dziedzinach życia tzw. Zasada Pareto zastosowana tutaj do biegania. Nie będę się rozwodził nad tym, kto dokładnie ową zasadę sformułował. Chodzi w niej mniej więcej o to, że niewielka ilość przyczyn (20) odpowiada za większość występujących zjawisk (80), lub inaczej: jest to zasada "vital few and trivial many" - "kluczowych nielicznych i błahych licznych", jak to ładnie przedstawia Wikipedia.
Jak łatwo się domyślić w bieganiu metodą 80/20 idzie o to, aby około 80% jednostek treningowych (biegów) odbywało się z niską intensywnością - poniżej progu wentylacyjnego. Wg różnych systemów można ją określić jako WB1, easy run, rozbieganie, a tylko 20% biegów wchodziło w intensywność średnią i wysoką.
W pierwszej, teoretycznej części książki, autor - przytaczając i przeróżnie interpretując - a rzekłbym nawet - momentami naciągając - wyniki badań, za wszelką cenę stara się udowodnić czytelnikowi skuteczność i racjonalność metody 80/20. Przyznać muszę, że nawet bez jakiejś głębokiej analizy czytelnik może odnieść wrażenie, że gdzieś tam między wierszami Matt przyznaje, iż tak do końca to nie jest to wszystko takie pewne i to 80/20 to nie musi być tak dokładnie 80/20, a może nawet inne systemy dają lepsze wyniki, ponieważ jednak postawił sobie za cel stworzenie systemu 80/20, tak więc pozwala sobie tu i ówdzie pewne rzeczy troszkę nadinterpretować na korzyść swojego pomysłu. Ze smutkiem stwierdzić muszę, że ta część książki przemawia do mnie najsłabiej, a dodatkowe nadinterpretacje nie przemawiają na korzyść autora.
Druga część książki to część, rzekłbym, praktyczna. Aby to wszystko jakoś usystematyzować i wyjaśnić Matt Fitzgerald proponuje przeróżne systemy określania wysiłku i jego intensywności. Przyznać muszę, że na pierwszy rzut oka strasznie to wszystko pogmatwane i pomieszane. Bo mamy tutaj i wysiłek postrzegany i tętno i zakresy tempowe wg McMillana, kto czytał Danielsa dopatrzy się tutaj także i nawiązań do jego koncepcji, tylko inaczej opakowanych i nazwanych. Na końcu łączymy cały ten zlepek różnych koncepcji w całość odpowiadających sobie wyznaczników intensywności. Mnóstwo opisów, danych i tabelek.
Od czegoś jednak trzeba zacząć. Wg autora całą zabawę z systemem 80/20 winniśmy rozpocząć od wyznaczenia naszego tętna na progu mleczanowym. Matt proponuje tutaj zastosowanie 30-minutowego biegu na jak najdalszą odległość. Średnie tętno z ostatnich 10 minut biegu to własnie nasze tętno na progu mleczanowym. Następnie - wg kolejnej tabelki - wyliczamy sobie pozostałe strefy tętna, wg których będziemy realizowali nasze treningi. W drugiej części książki Fitzgerald podaje gotowe plany treningowe zbudowane zgodnie z zasadą 80/20 i przygotowujące do startu na różnych dystansach od 5 km do maratonu.
Wyznaczyliśmy tętno na progu mleczanowym, obliczyliśmy strefy tętna, dopasowaliśmy te strefy do prędkości wg kalkulatora McMillana, lepiej lub gorzej spasowaliśmy to wszystko ze zmodyfikowaną skalą Borga wysiłku postrzeganego. Ufff... w zasadzie tyle. Można zacząć biegać.
Jak napisałem: system trochę pogmatwany i naciągany. Pewne elementy jakby przeniesione z koncepcji Danielsa, trochę własnych pomysłów dodanych przez autora, do tego mnóstwo wyjaśnień, doprecyzowań i zastrzeżeń, aby to wszystko jakoś "kupy się trzymało".
Odnoszę wrażenie, że Matt Fitzgerald chciał stworzyć coś nowego i świeżego, ale nie do końca mu to wyszło. Zbyt cały ten system pokomplikował i utrudnił. Jakby sam zagubił się w tym, co chciał powiedzieć. Krótko mówiąc: przekombinował.
![]() |
| Bieganie 80/20 - Matt Fitzgerald |
Nie twierdzę, że nie da się wg tego systemu trenować. Nie twierdzę, że system 80/20 nie przyniesie żadnych korzyści, bo pewnie przyniesie. Owszem da się i przypuszczam, że będą i korzyści i sensowne treningi. Dodatkowo, dokładnie wczytując się w doprecyzowania i rozległe opisy poszczególnych elementów treningowych, pozostawiamy sobie naprawdę mały margines błędu. I tutaj trzeba autorowi oddać sprawiedliwość: mimo, że długo i pogmatwanie, to jednak dokładnie i ze szczegółami wytłumaczył o co mu chodzi.
Czy dowiedziałem się z tej książki czegoś ciekawego? Jak najbardziej. Szczególnie trafiła do mnie rada, aby przy ocenie intensywności wysiłku w biegach - jak je autor nazywa - "fundamentalnych", czyli po naszemu rozbieganiach, WB1 itd kierować się raczej tętnem, niż tempem. Tempo stosować natomiast do biegów w strefie 3 i wyżej, czyli biegów fartlek i interwałów o przeróżnej długości.
To do mnie przemawia, ponieważ niemal zawsze, biegając rozbiegania wg tempa, jakoś tam samoczynnie to tempo podkręcałem i w efekcie robiłem te biegi znacznie szybciej, niż powinienem, co wcale dobre nie było. Teraz spróbuję ten typ biegów wykonywać właśnie wg wskazań pulsometru. Poza tym jakoś wreszcie do mnie dotarło, że nie muszę, ba - nie powinienem - na każdym treningu starać się biegać szybciej. Że wolne bieganie także daje mnóstwo korzyści, a poza tym, same treningi są o wiele bardziej przyjemne. A koniec końców, nie jestem zawodowcem i chciałbym z tego biegania czerpać trochę przyjemności, a nie bać się każdego kolejnego treningu, bo znowu trzeba będzie pobiec szybciej...
Książka Matta uświadomiła mi, że trochę się zapętliłem w pogoni za szybkością, zapominając o bazie, o podstawach, o wytrzymałości długodystansowej. Czas na zmiany. Zwłaszcza, że ostatni półmaraton bardzo wyraźnie udowodnił mi właśnie brak wytrzymałości... Być może kiedyś nawet pokuszę się o wyznaczenie i przyporządkowanie wszystkich proponowanych przez Matta Fitzgeralda stref i wskaźników i skorzystam z któregoś z planów przedstawionych w książce. Być może...
![]() |
| Bieganie 80/20 - Matt Fitzgerald |
Czy książka "Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach" Matta Fitzgeralda jest pozycją wartą przeczytania? Myślę, że tak. Szczególnie polecam ją tym, którzy tak jak ja, mają problem z utrzymaniem właściwej intensywności wysiłku podczas długich, spokojnych biegów, którzy mają tendencję do wiecznego przyspieszania, bo jest fajnie, bo się dobrze czuję, bo szybciej, znaczy lepiej...
Kurczę, na siłowni już od dawna wiem, że więcej nie znaczy wcale lepiej, że nie sztuka "zajechać się" ciężarem. Tutaj już jakiś czas temu dotarłem do optymalnej dla mnie ilości ćwiczeń i treningów. Wiem, co i kiedy dodać, a co i kiedy ująć, żeby było dobrze. Fakt, że ta wiedza przyszła z czasem i praktyką. W bieganiu nie mam jeszcze takiego stażu i dlatego w ostatecznym rozrachunku dziękuję Mattowi za ponowne otwarcie mi oczu na sprawy oczywiste.
„Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”
Wisława Szymborska
Dzisiejszy wpis rozpoczynam słowami poetki, którą bardzo cenię za skromność i elegancję, ogromną klasę, a przede wszystkim piękne wiersze, w których za pomocą oszczędnych środków potrafiła poruszyć czytelnika.
| Czytanie nie boli |
Muszę się Wam do czegoś przyznać – jestem nałogowym molem książkowym. Czasami dzielę się z Wami wrażeniami z przeczytanych lektur zamieszczając recenzje na blogu. Moja miłość do słowa pisanego rozpoczęła się we wczesnym dzieciństwie, kiedy uwielbiałam słuchać bajek i legend czytanych mi przez rodziców, trwała przez lata szkolne (pamiętam „Awanturę o Basię”schowaną na pawlaczu, która miała trafić w me ręce pod warunkiem, że opanuję tabliczkę mnożenia) i tak ta miłość trwa niczym niezmącona po dziś dzień.
Leon także nie gardzi słowem pisanym i tak wspólnie obrastamy kolejnymi książkami, zresztą przyznam, że zawsze marzyłam o tym by w moim własnym domu były zwierzęta i pokaźna biblioteczka. I co? Marzenia się spełniają – koty są, półki uginają się od książek nie poddając się zupełnie moim minimalistycznym zapędom porządkowania przestrzeni i usuwania z niej tego co zbędne. Zaprzyjaźniłam się też z czytnikiem, zwanym pieszczotliwie „kundelkiem”, który służy mi do pochłaniania jednorazowych czytadeł, takich do których już raczej nie będę wracać. Te książki, o których wiem, że będą jeszcze przez nas czytanie czy przeglądane kupujemy w wersji papierowej.
W pierwszym kwartale 2015r przeczytałam 20 książek + jedną kucharską, ale tę raczej przejrzałam. Poniżej zestawienie czterech najciekawszych
„Jadłonomia”
Książka kucharska, o której wspominał już Leon, więc nie będę się specjalnie na jej temat rozpisywać. Przepięknie wydawnictwo zawierające ponad 100 przepisów kuchni wegańskiej stanowi dla nas nowe źródło kuchennych inspiracji i umożliwia wprowadzenie nowości do naszej, jak na razie, wegetariańskiej kuchni. Polecam wszystkim weganom, wegetarianom, ale także mięsożercom aby mogli się przekonać, że kuchnia roślinna wcale nie jest nudna.| Gotowanie bez mięsa też może być ciekawe i smaczne |
„Sztuka szybszego biegania”
Po ponad 15 miesiącach takiego - nazwijmy to - zachowawczego biegania, postanowiłam wyjść ze strefy komfortu, przejść na wyższy poziom i zacząć biegać szybciej, szczególnie, że bardzo spodobały mi się biegi masowe i zamierzam w tym roku wziąć udział jeszcze w kilku. Ta książka to skarbnica wiedzy dla każdego biegacza. Dobitnie uzmysławia, iż bieganie to nie tylko ilość wybieganych kilometrów, ale również praca nad właściwą kadencją, oddechem, właściwe rozciąganie i nastawienie mentalne - podejście holistyczne. Korzystając z przerwy w bieganiu spowodowanej jakimś trudnym do zwalczenia wirusem pochłaniałam kolejne rozdziały wypełnione wiedzą biegową nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie wyruszę na swe biegowe ścieżki, by móc wypróbować wiedzę w praktyce. Minusem książki jest jej nieco chaotyczny styl, ale myślę, że to i tak ciekawa pozycja w biblioteczce każdego miłośnika biegania.„Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków"
O książce Marty Sapały już od dawna głośno było w blogosferze, szczególnie wśród blogerów zajmujących się tematem minimalizmu, więc i ja się skusiłam i nie zawiodłam się. Eksperyment, w którym wzięło udział kilkanaście bardzo różnych polskich gospodarstw domowych polegał na dwunastomiesięcznym zakupowym poście. W tej grupie znaleźli się zarówno single, jaki i rodziny z kilkorgiem dzieci, samotna matka, rodzina przebywająca na emigracji w Islandii. W trakcie trwania eksperymentu uczestnicy starali się kupować tylko to, co naprawdę jest niezbędne do przeżycia, żadnych zachcianek, całkowity zakupowy detox.Gorąco polecam, książka nie tylko ukazuje życie współczesnych polskich rodzin, ale przedstawia również wiele ciekawych faktów dotyczących współczesnego konsumpcjonizmu, ekologii i polityki wielkich korporacji. Książka nie pozostawia obojętnym i skłania do refleksji nad własnymi wyborami zakupowymi. Autorka wykonała kawał dobrej roboty dodając ponad sto przypisów, które rozwijają i wyjaśniają zagadnienia poruszone w książce oraz są punktem wyjścia do pogłębiania wiedzy.
„Blackout”
Na deser czytadło, ale naprawdę świetne i wciągające praktycznie od pierwszej strony. W całej Europie następuje awaria sieci energetycznej, która pociąga za sobą katastrofalny łańcuch zdarzeń obrazowo opisany przez autora. Ostrzegam – nie rozpoczynajcie czytania, jeśli nie dysponujecie zapasem czasu. Jak się już zacznie, to trudno się od tej książki oderwać.Fikcja literacka, ale autor w przerażająco realistyczny sposób pokazuje jak krucha jest nasza egzystencja uzależniona w dużej mierze od regularnych dostaw prądu. Przyznam, że podczas ostatnich wichur szalejących nad Polską, gdy usłyszałam charakterystyczne piknięcie sygnalizujące wyłączenie się urządzeń elektrycznych, przeszedł mnie lekki dreszczyk emocji. Zaczęłam też wpadać na blogi poświęcone domowemu survivalowi ;)
Leon zauważył, że dobra forma fizyczna mogłaby być niezbędna, aby przetrwać, szczególnie wtedy gdy trzeba będzie przemierzać duże odległości piechotą w poszukiwaniu jedzenia. W ogóle tematyka załamania cywilizacji, fallout-ów, świata postapokaliptycznego oraz możliwości i celowości przetrwania w nim (jakikolwiek by nie był) to dość ciekawe dla Leona zagadnienia.
Blackout bardzo mocno pokazuje, na ile jesteśmy uzależnieni od dostaw energii elektrycznej. Spróbujcie wyobrazić sobie wasze domy, mieszkania, możliwości życia, po dwóch tygodniach bez prądu w całej Europie... Jesteśmy w olbrzymim stopniu zależni od wynalazków cywilizacji. Coraz więcej umiejętności posiadanych przez człowieka jest ściśle związanych z tej cywilizacji wytworami i od nich zależnych. Zabierzcie nam prąd, gaz, internet, samochody i telewizory, a okaże się, że nawet ogniska już nikt rozpalić nie potrafi, że o orientacji w terenie z mapą i kompasem nie wspomnę. Kiepska sprawa. A jeszcze nie tak dawno ludność bezproblemowo obywała się bez prądu... Tak więc tym "optymistycznym" akcentem kończę mój dzisiejszy wpis i idę pobiegać, aby być w formie, gdy nadejdzie armagedon. Biegajcie, bo wiecie - jak przyjdą zombie, to zjedzą tych wolniejszych ;)
Pozdrawiam Was serdecznie życząc wielu ciekawych lektur i owocnych treningów!
Obecnie księgarniane półki uginają się pod ciężarem wszelkiej maści poradników, które nie tylko obiecują nam uzyskanie odpowiedzi na pytanie jak żyć, ale także jak się wzbogacić, schudnąć, zorganizować sobie czas, jak pracować tylko 4 godziny w tygodniu, wszelkie nudne zajęcia delegować, a samemu leżeć w hamaku pod pod palmą na Kostaryce. Do wyboru, do koloru, wszystko czego potrzebujesz, mówisz-masz.
Przyznam, że na różnych etapach życia zdarzało mi się sięgać po wszelkiej maści poradniki i z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że ich przeczytanie niewiele mi dało. Wiele spośród książek tego typu dostępnych na polskim rynku księgarskim to tłumaczenia książek amerykańskich, a prezentowane w nich przykłady nijak mają się do naszej polskiej rzeczywistości.
Samo przeczytanie poradnika i odłożenie go na półkę nic nam nie da jeśli nie jesteśmy odpowiednio zmotywowani i nastawieni na wprowadzenie pozytywnych zmian w swoim życiu, lub pozbycie się złych nawyków. Poradniki dają nadzieję, która początkowo nas uskrzydla, często nie wspominają jednak, iż droga do zmian jest wyboista, a praca nad sobą i utrwalanie pozytywnych zmian wymaga sporej dawki pracy i wysiłku.
Książka, którą chcę Wam dziś przedstawić, - Siedem nawyków skutecznego działania- Stephena Covey'a, choć niepozbawiona wad, spodobała mi się właśnie ze względu na to, iż autor nie obiecuje „gruszek na wierzbie”, ale wyjaśnia, iż praca nad każdym z przedstawionym przez niego nawykiem wymaga wysiłku, wykonywania ćwiczeń i wielokrotnego przedzierania się przez każdy rozdział. Nie jest to książka, którą czyta się jednym tchem, raczej podręcznik, którego rozdziały czytamy kilkakrotnie jeśli zależy nam na osobistym rozwoju.
Siedem nawyków to w kolejności:
Najbardziej przypadły mi do gustu rozdziały opisujące nawyk pierwszy, drugi i piąty. Każdy z rozdziałów obfituje w wiele ciekawych przykładów i refleksji. W rozdziale pierwszym spodobało mi się stwierdzenie autora, że „miłość” to czasownik, jeśli chcemy utrzymać satysfakcjonujące relacje z najbliższymi musimy nad nimi pracować, a nie stwierdzać, że uczucie zostało nam dane raz na zawsze.
Praca nad proaktywnością to zwiększanie swojej strefy wpływu, a nie podleganie wpływom zewnętrznych bodźców. Czyli na przykład chodzi o to, by nie dać ponieść się fali defetyzmu. Być panem własnego losu, a nie iść narzekać i winić wszystkich i wszystko (na przykład brzydką pogodę) o swoje niepowodzenia.
Ponieważ zdarza mi się narzekać i to czasami bardzo intensywnie, zamierzam przeczytać ten rozdział kilkakrotnie i popracować nad swoim podejściem do kilku spraw.
Nawyk drugi: „zaczynaj z wizją końca” , czyli według autora wiedzieć w jakim kierunku się podąża, robić to co się naprawdę liczy, a nie dać się wciągnąć w wir życia, dążyć do osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę, by będąc u kresu odkryć, że te zwycięstwa są jak wydmuszki, puste w środku. Ten rozdział ma pomóc czytelnikowi w odkryciu własnego wewnętrznego kompasu i wartości na których chcemy opierać nasze życie i działania.
Nawyk piąty to kształtowanie zasad komunikacji empatycznej, czyli próba rozumienia i słuchania ludzi właśnie przez pryzmat drugiej osoby, a nie filtrowania wszystkiego co mówią inni przez pryzmat własnych doświadczeń. Autor podaje wiele przykładów jak być prawdziwie empatycznym słuchaczem. Myślę, że w obecnych czasach zanika umiejętność aktywnego słuchania i chęć prawdziwego zrozumienia innych. Nie wiem, czy to ze względu na wszechogarniający pośpiech i natłok spraw ludzie nie prowadzą ze sobą dialogu tylko monologi, każdy na swój temat.
Podsumowując, książka ciekawa, skłaniająca do refleksji nad własnym życiem, relacjami z innymi ludźmi, prezentująca wiele ciekawych przykładów. Myślę, że warto po nią sięgnąć, ja zrobię to jeszcze pewnie nie raz.
Przyznam, że na różnych etapach życia zdarzało mi się sięgać po wszelkiej maści poradniki i z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że ich przeczytanie niewiele mi dało. Wiele spośród książek tego typu dostępnych na polskim rynku księgarskim to tłumaczenia książek amerykańskich, a prezentowane w nich przykłady nijak mają się do naszej polskiej rzeczywistości.
Samo przeczytanie poradnika i odłożenie go na półkę nic nam nie da jeśli nie jesteśmy odpowiednio zmotywowani i nastawieni na wprowadzenie pozytywnych zmian w swoim życiu, lub pozbycie się złych nawyków. Poradniki dają nadzieję, która początkowo nas uskrzydla, często nie wspominają jednak, iż droga do zmian jest wyboista, a praca nad sobą i utrwalanie pozytywnych zmian wymaga sporej dawki pracy i wysiłku.
Książka, którą chcę Wam dziś przedstawić, - Siedem nawyków skutecznego działania- Stephena Covey'a, choć niepozbawiona wad, spodobała mi się właśnie ze względu na to, iż autor nie obiecuje „gruszek na wierzbie”, ale wyjaśnia, iż praca nad każdym z przedstawionym przez niego nawykiem wymaga wysiłku, wykonywania ćwiczeń i wielokrotnego przedzierania się przez każdy rozdział. Nie jest to książka, którą czyta się jednym tchem, raczej podręcznik, którego rozdziały czytamy kilkakrotnie jeśli zależy nam na osobistym rozwoju.
Siedem nawyków to w kolejności:
- bądź proaktywny
- zaczynaj z wizją końca
- rób najpierw to co najważniejsze
- myśl w kategoriach wygrana- wygrana
- staraj się najpierw zrozumieć, potem zostać zrozumianym
- synergia- zasada twórczej współpracy
- ostrzenie piły -– zasady wszechstronnej samoodnowy
Najbardziej przypadły mi do gustu rozdziały opisujące nawyk pierwszy, drugi i piąty. Każdy z rozdziałów obfituje w wiele ciekawych przykładów i refleksji. W rozdziale pierwszym spodobało mi się stwierdzenie autora, że „miłość” to czasownik, jeśli chcemy utrzymać satysfakcjonujące relacje z najbliższymi musimy nad nimi pracować, a nie stwierdzać, że uczucie zostało nam dane raz na zawsze.
Praca nad proaktywnością to zwiększanie swojej strefy wpływu, a nie podleganie wpływom zewnętrznych bodźców. Czyli na przykład chodzi o to, by nie dać ponieść się fali defetyzmu. Być panem własnego losu, a nie iść narzekać i winić wszystkich i wszystko (na przykład brzydką pogodę) o swoje niepowodzenia.
Ponieważ zdarza mi się narzekać i to czasami bardzo intensywnie, zamierzam przeczytać ten rozdział kilkakrotnie i popracować nad swoim podejściem do kilku spraw.
Nawyk piąty to kształtowanie zasad komunikacji empatycznej, czyli próba rozumienia i słuchania ludzi właśnie przez pryzmat drugiej osoby, a nie filtrowania wszystkiego co mówią inni przez pryzmat własnych doświadczeń. Autor podaje wiele przykładów jak być prawdziwie empatycznym słuchaczem. Myślę, że w obecnych czasach zanika umiejętność aktywnego słuchania i chęć prawdziwego zrozumienia innych. Nie wiem, czy to ze względu na wszechogarniający pośpiech i natłok spraw ludzie nie prowadzą ze sobą dialogu tylko monologi, każdy na swój temat.
Podsumowując, książka ciekawa, skłaniająca do refleksji nad własnym życiem, relacjami z innymi ludźmi, prezentująca wiele ciekawych przykładów. Myślę, że warto po nią sięgnąć, ja zrobię to jeszcze pewnie nie raz.
![]() |
| Tak się właśnie czuję |
W grudniu to jakoś tak ogólnie ciężko do końca roku dotrwać. To jakiś taki smutek egzystencjalny bardziej.
Teraz natomiast to po prostu leń umysłowy. Nie, nie "kryzys twórczy". O kryzysie twórczym, to mogą mówić Twórcy, ja mogę mieć co najwyżej wielkiego lenia. Nie będę zresztą ukrywał, że z natury to bardziej do tych leniwych, niż pracowitych, przynależę...
W ogóle jakoś nie chce mi się uruchamiać mózgownicy bardziej, niż to konieczne. Tylko to, co potrzeba. Umysłowe minimum niezbędne do przetrwania i zachowywania się na tyle normalnie, by inni ludzie nie stwierdzili, że z gościem coś nie specjalnie tego, chyba... no wiecie.
Czasem coś mi się tam dziwnego wymsknie (często ironicznie-sardoniczno-złośliwego). Wówczas popatrują niepewnie i coś tam szemrzą cichaczem, ale głośno i prosto w oczy niczego nie powiedzą. A szkoda, bo może taka rozmowa pozwoliłaby rzeczony stupor przerwać, a jeżeli nawet i nie, to miałbym przynajmniej trochę zabawy.
Mam zatem tego stupora i tak sobie w nim od jakiegoś czasu tkwię. Wstaję, idę do pracy, wracam, ćwiczę, jem, śpię - powtarzam. Tak jak na tej koszulce, którą kiedyś pokazywaliśmy na blogu (nawet wyszukałem jej zdjęcie i zamieszczam poniżej w celach poglądowych). Ogólnie i z pewnego punktu widzenia, całkiem wygodna sprawa, taki stupor. Nie trzeba myśleć. Nie trzeba się wysilać, co własnie robię teraz, pisząc te słowa. Jakże to ciężko idzie, ile wysiłku wymaga uruchomienie ospałego mózgu.
| Tak to własnie ostatnio wygląda |
Dobrze, że ostatnio ponownie - po miesięcznej chyba przerwie - wróciłem do czytania jakichś książek. Zawsze to jakiś dodatkowy bodziec. Najwidoczniej jestem tutaj podobny do kotów, gdyż - wedle Matyldy - one także wciąż potrzebują nowych bodźców, aby... no właśnie, aby nie popaść w stupor!
Aktualnie zatem męczę "Wyspę na prerii" Wojciecha Cejrowskiego. Jakaś takaś dziwna ta książka. Niby wiadomo, o czym być miała, a jednak coś mi w niej nie pasuje. Tak jak w tym tekście, który teraz w bólach płodzę.
Bo niby fajna, ciekawa. Może nawet i miejscami śmieszna (chociaż jak dla mnie nie bardzo). Ale taka jakaś "na siłę" i po łebkach. Nie chodzi tu o to, czy ktoś lubi Pana Cejrowskiego i jego poglądy, czy też osoba znanego podróżnika jest dla niego solą w oku. Po prostu zazwyczaj Wojciech Cejrowski potrafił jakoś ująć i zainteresować mnie swoją opowieścią o przeróżnych kulturach, zachowaniach i zwyczajach. Pewnie, że często koloryzuje, nieraz przesadza, a czasem specjalnie prowokuje kontrowersje - taka praca, nic mi do tego.
![]() |
| Wyspa na prerii - Wojciech Cejrowski - można poczytać, ale nie powala na kolana |
Tym razem, w tej książce - wg mnie - zabrakło pazura. Zabrakło czegoś, co mogłoby na dłużej przyciągnąć uwagę. Bardzo przepraszam Szanownego Autora, ale odnoszę wrażenie, że taką książkę mógłby napisać ktoś, kto nigdy na tej prerii nie był, a życie tam "poznał" oglądając masę amerykańskich filmów o tymże opowiadających. Tak jakoś bardzo stereotypowo i "na siłę" w tej książce.
Zaraz, zaraz... A może tak tam własnie jest? Może Może te wszystkie "preriowe" filmy pokazują prawdę? Może Clint Eastwood to najdoskonalsze uosobienie preriowo-westernowych wyobrażeń i stereotypów o dzikim zachodzie? Wietrzę tu jakiś spisek... Całkiem jak w tym wpisie ;) Co tu dużo gadać - przeczytajcie książkę, a sami zobaczycie, dlaczego to zdjęcie Eastwooda tak bardzo przypasowało mi do ilustracji tego, o czym ona traktuje.
No, ale nie o "Wyspie na prerii" i związanych z nią spiskach miał być ten tekst. Lepsza, czy gorsza, ogólnie książka i tak warta przeczytania, a dla tych, którzy lubią Wojciecha Cejrowskiego, jego opowieści i klimaty dzikiego zachodu - pozycja wręcz obowiązkowa.
![]() |
| Clint Eastwood - uosobienie preriowo-westernowych stereotypów? |
Matko, ja znowu o tej książce. Miało być o stuporze. Już do niego wracam. Czasem przychodzą w życiu takie właśnie "stuporowate" okresy. Funkcjonujesz jak lalka na sznurkach, za które ktoś tam gdzieś pociąga. Bezmyślnie i pusto. Poniekąd lekarstwem na taką umysłową ociężałość (i nie chodzi mi tutaj o określenie jednostki chorobowej - o ile taka istnieje, lecz o ociężałość rozumianą jak najbardziej pospolicie) miało być - według mojego pomysłu - między innymi pisanie tekstów na blogu.
Dlaczego akurat na blogu publicznym? Ano dlatego, że można niby i do szuflady pisać, ale zawsze to motywacja wzrasta, gdy wiem, że być może ktoś tam jednak te wypociny przeczyta. Choćby przy kawie, czy do kotleta. Nie mam niczego przeciwko :) Może być i do kotleta.
Czy to działa? Ciężko powiedzieć. Wygląda na to, że w jakiś sposób działa, bo przecież piszę ten tekst, a to wymaga przełamania stupora, czyli aktualnie pisząc, dokonuję "na bieżąco", ostro i "na chama" rozkręcania kółeczek w mojej mózgownicy. Muszę się skupić. Muszę pomyśleć. Muszę wybrać zdjęcia. Sprawdzić kropki, przecinki i literówki, a to wciąga i angażuje! Zaczynam pracować umysłem. Zaczynam zmuszać go do aktywności większej, niż oglądanie filmików na YT ;)
Całkiem możliwe, że w tym momencie ktoś pomyślał sobie:
-Ty jakiś dziwny jesteś człowieku. Nudzi ci się po prostu. Weź się do roboty i wszystkie stupory od razu ci przejdą!
Może to dziwne, ale pracuję. Normalnie, jak większość. Wstaję rano i idę do pracy. Ba, ostatnio nawet zdarzyło mi się spędzić w pracy trochę godzin ponad normę. Praca nie pomaga na stupora. Zdecydowanie. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że to właśnie ona może być jedną z przyczyn jego powstawania. Cóż zrobić, kiedy pracować trzeba...
Dlaczego z uporem maniaka powracam lub powracamy, bo Matylda też czasem o tym pisze, do tematyki aktywności umysłowej i sprawności - zarówno fizycznej, jak i psychicznej? Bo chcemy je utrzymać jak najdłużej na jakimś przyzwoitym poziomie. Dlaczego? Bo chcemy dzięki temu poprawiać nasz komfort życia. Bycia-we-własnej-skórze, jak u siebie w domu. Dobrego samo-poczucia.
![]() |
| Oto i Arystoteles, a raczej jego popiersie, na złotym środku strony ;) |
Czy trochę się w tym nie zapętlamy? Kto wie. Może czasem trochę tak. Chociaż na pewno nie jest to gonitwa za wszelką cenę. Tak teraz wpadło mi do głowy, że bardzo łatwo niepostrzeżenie zamienić pogoń za pieniądzem i sprawami materialnymi na pogoń za jakąś wyśrubowaną kondycją psychofizyczną! Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, do niczego dobrego to nie doprowadzi. Ale przekombinowałem. Nieważne. Jakby tam nie było, troszkę ruszyłem mózgownicą. Skłoniłem leniwe i ogarnięte stuporem "ja" do podjęcia wyzwania napisania tekstu. I udało się! Lepiej, lub gorzej, ale się udało. Trochę podkręciłem obroty.
Przy okazji. Gdyby ktoś zastanawiał się, czy prowadząc bloga ma się ciśnienie, że trzeba coś napisać, bo trzeba coś opublikować, bo prowadzi się bloga i trzeba coś napisać i... Uczciwie: czasem tak. Zdarza się, że pojawia się w głowie taka właśnie myśl. Wtedy jednak staramy się (Matylda i ja) szybko przypomnieć sobie, po co tego bloga prowadzimy, a robimy to na pewno nie po to, aby pobijać rekordy w ilości opublikowanych postów.
Każda przesada jest niedobra, tak samo ta w bieganiu, jak i ta w pisaniu. Na koniec odkryliśmy zatem ponownie, to, co Arystoteles bardzo już dawno temu określił jako teorię złotego środka! Brawo. Być może jednak stara dobra teoria "przeżuta" samodzielnie, jakoś bardziej zadomowi się w naszym życiu na co dzień.
Lubię wiedzieć. Jakoś tak się przyzwyczaiłem, że zabierając się za coś chcę mieć chociaż podstawową podbudowę teoretyczną. Taką jakąś minimalną bazę, na której można się oprzeć. Wiem, wiem, baza i nadbudowa może co niektórym źle się kojarzyć, ale tak jakoś wyszło ;)
Na początku, gdy zaczęliśmy biegać, w celu owej bazy stworzenia, trochę poczytałem w internecie. Pewnie za mało, bo szybko dorobiłem się kontuzji. Nie mogłem biegać. Postanowiłem się dokształcić.
Pierwszą książką o bieganiu, którą kupiliśmy, był poradnik "Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!" autorstwa Jeffa Gallowaya. Na początek przygody z bieganiem był to znakomity wybór. Książka ostudziła nieco niezdrowe zapały nowicjuszy, dostarczyła wielu cennych informacji i dzięki wiedzy w niej zawartej zaczęliśmy biegać bardziej "z głową", stopniowo przyzwyczajając ciało do wysiłku.
Jak powiadają: Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak było i w naszym przypadku. Około roku, może trochę mniej, biegaliśmy sobie spokojnie i w zdrowiu metodą Gallowaya. Czegoś jednak zaczęło brakować, chcieliśmy - a szczególnie ja - czegoś więcej. Może dalej, może szybciej. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego. Może pobiec w jakimś biegu masowym...
W poszukiwaniu wiedzy kupiłem książkę "Trening z pulsometrem" - Joe Friela. Jak się okazało, nie była to lektura dla nas, a na pewno nie na naszym poziomie zaawansowania. Książka przeczytana, jednak na razie leży na półce i czeka na lepsze czasy, tudzież na moment, w którym dorośniemy do biegania na takim poziomie, o ile w ogóle kiedyś to nastąpi.
Wreszcie, w nasze ręce wpadło tytułowe "Bieganie metodą Danielsa". Książka bardzo polecana, określana mianem "biblii dla biegaczy", książki która zrewolucjonizowała bieganie w Polsce itp. Dość ostrożnie podchodzę do takich entuzjastycznych określeń. Ponieważ jednak trafiła się okazja, to przy zakupie innych książek, do koszyka wrzuciliśmy także i "Bieganie metodą Danielsa" w najnowszym wydaniu.
Jak możemy dowiedzieć się z informacji zawartych w książce, Jack Daniels ma ponad 50 lat doświadczenia w trenowaniu wielu najlepszych na świecie długodystansowców, a spod jego ręki wyszło 30 indywidualnych mistrzów USA na różnych dystansach. Jest dwukrotnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w pięcioboju nowoczesnym (1956, 1960). Odnotował na swoim koncie lata studiów i badań dotyczących biegów długodystansowych, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Szwecji. Posiada tytuł doktora fizjologii ruchu na Uniwersytecie Stanowym Winconsin w Madison. Studiował również fizjologię wysiłku w Królewskim Centralnym Instytucie Gimnastyki w Sztokholmie, gdzie jego promotorem był Per-Olaf Åstrand.
Czy - dla nas - początkujących bądź co bądź biegaczy - książka napisana przez tak doświadczonego biegacza, trenera i naukowca, faktycznie okazała się rewolucją, a wiedza w niej zawarta zupełną i objawioną mądrością? No, niestety może nie do końca. Książka, owszem, solidna, konkretna, zawiera sporą dawkę teorii, lecz - jak dla nas - zbyt wymagająca..., trochę onieśmielająca i przytłaczająca ilością fachowych określeń. Może zbyt "zawodowo" podchodząca do tematu (chociaż w sumie, czy to wada, czy raczej przeciwnie?) Nie chodzi oczywiście o zrozumienie treści, lecz raczej o przedstawione plany, wskaźniki i zasady treningowe. A może po prostu, ta akurat część książki nie jest dla nas, na etapie biegania, na którym obecnie się znajdujemy?
Bardzo spodobała nam się sama część teoretyczna, czyli rozdziały traktujące o zasadach treningu, technice biegania, postawie, prawidłowej kadencji, pokonywaniu zbiegów i podbiegów, sposobach oddychania, intensywności, czy wreszcie bardzo ciekawy system określania możliwości biegowych w oparciu o wartość wskaźnika VDOT (zachęcamy do przeczytania ciekawego wywiadu z Jackiem Danielsem dotyczącego wskaźnika VDOT) okazały się ciekawe w odbiorze i bardzo pouczające.
Wiedza o tym, w jaki sposób najkorzystniej oddychać, jak i ile kroków stawiać, aby bieg był bezpieczny, ekonomiczny i wydajny, to coś, co naprawdę się przydaje i rzeczywiście działa. Pomalutku zacząłem testować opisywane metody oddychania i to faktycznie ma sens. Niestety, część poświęcona samym planom treningowym, to - przynajmniej na razie - zupełnie nie nasza bajka.
Większość proponowanych przez Autora planów zakłada bieganie od minimum czterech, do siedmiu razy w tygodniu. Gdzie tu życie? Gdzie miejsce na inne aktywności fizyczne typu uprawianych przeze mnie regularnych ćwiczeń na siłowni, czy naszego wspólnego sezonowego turystycznego jeżdżenia rowerami? Przy takiej ilości biegania jest czas tylko na... bieganie?
Może przesadzam, lecz Daniels zakłada naprawdę dość sporą częstotliwość treningów. Patrząc na to z punktu człowieka pracującego (na razie przynajmniej), regularnie trzy razy w tygodniu chodzącego na siłownię, w sezonie chcącego dołożyć do tego wszystkiego długie wyjazdy rowerowe, to tego czasu robi się naprawdę niewiele i sensowne zorganizowanie wszystkiego zaczyna wymagać trochę dyscypliny i uporządkowania.

Ciekawą odskocznią od tych dość intensywnych planów treningowych jest rozdział mówiący o bieganiu dla zdrowia. Tutaj Daniels prezentuje kilka prostych, lecz solidnie zbudowanych i dogłębnie wyjaśnionych planów biegowych oznaczonych różnymi kolorami. Od planu dla zupełnie początkujących, po plan, którego realizacja pozwoli nawet na przebiegnięcie maratonu w czasie, którego nie trzeba będzie się wstydzić. Ten rozdział wydaje się nam bardziej skierowany do "zwykłych" ludzi. Do ludzi, dla których bieganie to nie wszystko, a wynik jest tylko dodatkiem do dobrej zabawy na powietrzu, choć bardziej zaawansowane plany i tak zakładają biegi cztery razy w tygodniu.
Chociaż - jak już wspomniałem - plany biegowe Danielsa charakteryzują się wysoką częstotliwością, to jednak nie jest on jakimś trenerem-tyranem, który goni do upadłego, byle szybciej, za wszelką cenę. Wręcz przeciwnie, jak powiedział w wywiadzie dla wydawnictwa Inne Spacery:
Czy warto zatem sięgnąć po książkę Danielsa? Warto. Warto choćby dlatego, że zawsze przecież lepiej wiedzieć więcej, niż mniej. Warto po to, by mieć usystematyzowaną, solidną i popartą doświadczeniem wiedzę zawsze pod ręką. Warto, bo zawsze lepiej uczyć się od kogoś, kto wie, o czym mówi, niźli opierać się na tzw. "broscience", która szczególnie w kręgach związanych z siłownią, ma się niestety całkiem dobrze, lecz z równym powodzeniem można ją spotkać także i w innych dziedzinach sportu i życia...
Być może nie cała ta wiedza będzie nam potrzebna dzisiaj, już, od razu. Kto wie, może dzisiaj "weźmiemy" z tej książki rozdział o prawidłowym oddychaniu, a za trzy lata z przyjemnością zrealizujemy najbardziej zaawansowaną wersję planu przygotowującego do maratonu i powiemy: -Kurcze, dobrze że mam tę książkę! Być może...
Powie ktoś: Po co wydawać pieniądze na książkę, z której wykorzystamy tylko jakąś część? Odpowiem ja myślą wyrażoną przez jakiegoś mądrego człowieka:
Na początku, gdy zaczęliśmy biegać, w celu owej bazy stworzenia, trochę poczytałem w internecie. Pewnie za mało, bo szybko dorobiłem się kontuzji. Nie mogłem biegać. Postanowiłem się dokształcić.
Pierwszą książką o bieganiu, którą kupiliśmy, był poradnik "Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!" autorstwa Jeffa Gallowaya. Na początek przygody z bieganiem był to znakomity wybór. Książka ostudziła nieco niezdrowe zapały nowicjuszy, dostarczyła wielu cennych informacji i dzięki wiedzy w niej zawartej zaczęliśmy biegać bardziej "z głową", stopniowo przyzwyczajając ciało do wysiłku.
Jak powiadają: Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak było i w naszym przypadku. Około roku, może trochę mniej, biegaliśmy sobie spokojnie i w zdrowiu metodą Gallowaya. Czegoś jednak zaczęło brakować, chcieliśmy - a szczególnie ja - czegoś więcej. Może dalej, może szybciej. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego. Może pobiec w jakimś biegu masowym...
W poszukiwaniu wiedzy kupiłem książkę "Trening z pulsometrem" - Joe Friela. Jak się okazało, nie była to lektura dla nas, a na pewno nie na naszym poziomie zaawansowania. Książka przeczytana, jednak na razie leży na półce i czeka na lepsze czasy, tudzież na moment, w którym dorośniemy do biegania na takim poziomie, o ile w ogóle kiedyś to nastąpi.
Wreszcie, w nasze ręce wpadło tytułowe "Bieganie metodą Danielsa". Książka bardzo polecana, określana mianem "biblii dla biegaczy", książki która zrewolucjonizowała bieganie w Polsce itp. Dość ostrożnie podchodzę do takich entuzjastycznych określeń. Ponieważ jednak trafiła się okazja, to przy zakupie innych książek, do koszyka wrzuciliśmy także i "Bieganie metodą Danielsa" w najnowszym wydaniu.
Jak możemy dowiedzieć się z informacji zawartych w książce, Jack Daniels ma ponad 50 lat doświadczenia w trenowaniu wielu najlepszych na świecie długodystansowców, a spod jego ręki wyszło 30 indywidualnych mistrzów USA na różnych dystansach. Jest dwukrotnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w pięcioboju nowoczesnym (1956, 1960). Odnotował na swoim koncie lata studiów i badań dotyczących biegów długodystansowych, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Szwecji. Posiada tytuł doktora fizjologii ruchu na Uniwersytecie Stanowym Winconsin w Madison. Studiował również fizjologię wysiłku w Królewskim Centralnym Instytucie Gimnastyki w Sztokholmie, gdzie jego promotorem był Per-Olaf Åstrand.
Czy - dla nas - początkujących bądź co bądź biegaczy - książka napisana przez tak doświadczonego biegacza, trenera i naukowca, faktycznie okazała się rewolucją, a wiedza w niej zawarta zupełną i objawioną mądrością? No, niestety może nie do końca. Książka, owszem, solidna, konkretna, zawiera sporą dawkę teorii, lecz - jak dla nas - zbyt wymagająca..., trochę onieśmielająca i przytłaczająca ilością fachowych określeń. Może zbyt "zawodowo" podchodząca do tematu (chociaż w sumie, czy to wada, czy raczej przeciwnie?) Nie chodzi oczywiście o zrozumienie treści, lecz raczej o przedstawione plany, wskaźniki i zasady treningowe. A może po prostu, ta akurat część książki nie jest dla nas, na etapie biegania, na którym obecnie się znajdujemy?
Bardzo spodobała nam się sama część teoretyczna, czyli rozdziały traktujące o zasadach treningu, technice biegania, postawie, prawidłowej kadencji, pokonywaniu zbiegów i podbiegów, sposobach oddychania, intensywności, czy wreszcie bardzo ciekawy system określania możliwości biegowych w oparciu o wartość wskaźnika VDOT (zachęcamy do przeczytania ciekawego wywiadu z Jackiem Danielsem dotyczącego wskaźnika VDOT) okazały się ciekawe w odbiorze i bardzo pouczające.
Wiedza o tym, w jaki sposób najkorzystniej oddychać, jak i ile kroków stawiać, aby bieg był bezpieczny, ekonomiczny i wydajny, to coś, co naprawdę się przydaje i rzeczywiście działa. Pomalutku zacząłem testować opisywane metody oddychania i to faktycznie ma sens. Niestety, część poświęcona samym planom treningowym, to - przynajmniej na razie - zupełnie nie nasza bajka.
Może przesadzam, lecz Daniels zakłada naprawdę dość sporą częstotliwość treningów. Patrząc na to z punktu człowieka pracującego (na razie przynajmniej), regularnie trzy razy w tygodniu chodzącego na siłownię, w sezonie chcącego dołożyć do tego wszystkiego długie wyjazdy rowerowe, to tego czasu robi się naprawdę niewiele i sensowne zorganizowanie wszystkiego zaczyna wymagać trochę dyscypliny i uporządkowania.

Ciekawą odskocznią od tych dość intensywnych planów treningowych jest rozdział mówiący o bieganiu dla zdrowia. Tutaj Daniels prezentuje kilka prostych, lecz solidnie zbudowanych i dogłębnie wyjaśnionych planów biegowych oznaczonych różnymi kolorami. Od planu dla zupełnie początkujących, po plan, którego realizacja pozwoli nawet na przebiegnięcie maratonu w czasie, którego nie trzeba będzie się wstydzić. Ten rozdział wydaje się nam bardziej skierowany do "zwykłych" ludzi. Do ludzi, dla których bieganie to nie wszystko, a wynik jest tylko dodatkiem do dobrej zabawy na powietrzu, choć bardziej zaawansowane plany i tak zakładają biegi cztery razy w tygodniu.
Chociaż - jak już wspomniałem - plany biegowe Danielsa charakteryzują się wysoką częstotliwością, to jednak nie jest on jakimś trenerem-tyranem, który goni do upadłego, byle szybciej, za wszelką cenę. Wręcz przeciwnie, jak powiedział w wywiadzie dla wydawnictwa Inne Spacery:
Starajcie się osiągnąć maksymalną kondycję przy minimalnym nakładzie pracy. Nie próbujcie osiągać maksymalnych rezultatów poprzez maksymalną pracę. Jeżeli zastanawiacie się, który typ treningu wybrać, zawsze wybierzcie łatwiejszy. Kluczem do sukcesu w bieganiu jest konsekwencja. A unikanie kontuzji jest jedną z najważniejszych rzeczy, by zachować konsekwencję.
Czy warto zatem sięgnąć po książkę Danielsa? Warto. Warto choćby dlatego, że zawsze przecież lepiej wiedzieć więcej, niż mniej. Warto po to, by mieć usystematyzowaną, solidną i popartą doświadczeniem wiedzę zawsze pod ręką. Warto, bo zawsze lepiej uczyć się od kogoś, kto wie, o czym mówi, niźli opierać się na tzw. "broscience", która szczególnie w kręgach związanych z siłownią, ma się niestety całkiem dobrze, lecz z równym powodzeniem można ją spotkać także i w innych dziedzinach sportu i życia...
Być może nie cała ta wiedza będzie nam potrzebna dzisiaj, już, od razu. Kto wie, może dzisiaj "weźmiemy" z tej książki rozdział o prawidłowym oddychaniu, a za trzy lata z przyjemnością zrealizujemy najbardziej zaawansowaną wersję planu przygotowującego do maratonu i powiemy: -Kurcze, dobrze że mam tę książkę! Być może...
Powie ktoś: Po co wydawać pieniądze na książkę, z której wykorzystamy tylko jakąś część? Odpowiem ja myślą wyrażoną przez jakiegoś mądrego człowieka:
Jeśli myślisz, że edukacja drogo kosztuje, sprawdź, ile kosztuje ignorancja
Słowem, uczma się ludziska od najlepszych, bo warto :)
Dziś chciałabym Wam przedstawić kolejną książkę, która znalazła się w mikołajkowym pakiecie prezentowym – jest to „Wnuczka do orzechów” Małgorzaty Musierowicz, kolejna powieść w serii zwanej „Jeżycjadą”.
Właściwie jest to lektura przeznaczona dla dzieci i młodzieży, ale dla mnie to jak sentymentalna podróż w przeszłość ponieważ bohaterowie Musierowicz towarzyszyli mi w czasach szkoły podstawowej, a nawet na początku nauki w liceum, kiedy zaczęłam sięgać po zdecydowanie bardziej „dorosłe” lektury. Pomimo tego, że mój gust czytelniczy zmieniał się, na półce nadal poczesne miejsce zajmowali moi ukochani zaczytani do imentu książkowi przyjaciele z dzieciństwa: „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Pan Samochodzik”, Dzieci z Bullerbyn, czy wspaniała seria Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim i jego przygodach w różnych zakątkach naszego globu. Myślę, że szczególnie ta ostatnia seria rozbudziła we mnie ciekawość świata i zamiłowanie do podróży.
Małgorzata Musierowicz, autorka „Jeżycjady” urodziła się w Poznaniu, gdzie ukończyła Akademię Sztuk Pięknych. Z zawodu jest grafikiem i nie tylko pisze wspaniałe książki, za które otrzymała wiele nagród, ale również wykonuje świetne okładki i ilustruje swoje powieści. Wiele lat mieszkała w poznańskiej dzielnicy Jeżyce i tam też umieściła akcję swoich powieści. Książkowa rodzina Borejków zamieszkuje starą kamienicę przy ulicy Roosevelta w dzielnicy Jeżyce właśnie.
Warto wspomnieć, że autorka jest siostrą zmarłego przed kilkoma dniami poety, wybitnego tłumacza poezji angielskiej Stanisława Barańczaka.
„Wnuczka do orzechów” to dwudziesta część „Jeżycjady” - tym razem bohaterowie opuszczają upalny Poznań i udają się na wakacyjny wypoczynek, by wśród wielkopolskich pól i lasów odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku. Po wielu namowach decydują się na to nawet seniorzy rodu: emerytowany filolog klasyczny Ignacy Borejko oraz jego żona Mila. Oprócz dobrze znanych z poprzednich książek postaci, pojawiają się zupełnie nowe, jak na przykład siedemnastoletnia Dorota Rumianek – wzór cnót wszelakich, jej urocza babcia oraz surowa, lecz obdarzona wielkim sercem – ciocia-babcia. Jest też niewylewający za kołnierz sąsiad Chobot, którego niezobowiązujący sposób bycia (stary podkoszulek i gumiaki) oraz uwagi wygłaszane gwarą wielkopolską spowodowały, że czytając chichotałam radośnie jak dziecko.
Pojawia się też wątek miłosny, ale szczegółów nie zdradzę – przeczytajcie sami.
Przyznam, że mimo tego, iż „Wnuczka..” jest przeznaczona dla znacznie młodszego czytelnika, niż ja, to jest to jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2014 roku.
Ciekawa fabuła, inteligentne dialogi, wyraziste postacie, to wszystko sprawia, że polecam tę książkę również tym, którzy "naście lat" skończyli już jakiś czas temu. Małgorzata Musierowicz lubi ludzi i szanuje swoich czytelników – ciepło i pozytywna energia płynie do nas z każdej ze stron jej powieści. Dla mnie „Jeżycjada” jest jak ciepła kołderka, herbata z miodem, a czasami plasterek na zbolałą duszę – coś co było mi potrzebne w grudniowe pozbawione światła słonecznego dni. Poza tym było to takie antidotum na przygnębienie po lekturze „Angoli”.
Niestety mój zbiór ulubionych książek sprzed lat nie przetrwał przeprowadzek i życiowych zmian. Postanowiłam jednak, że odbuduję moją kolekcję sagi rodziny Borejków (na razie mam dwa tomy) i będę do nich z przyjemnością wracać, gdy zapragnę oderwać się na chwilę od codzienności i zanurzyć się w świat sentymentalnych wspomnień z dzieciństwa.
A jak u Was, czy macie swoje ulubione książki sprzed lat? - proszę podzielcie się swoimi czytelniczymi wspomnieniami w komentarzach.
P.S Ostatnią książkę z mikołajkowej „trójcy” będzie recenzował Leon – to będzie poważna pozycja dla biegaczy– zapraszamy do czytania i komentowania.
Właściwie jest to lektura przeznaczona dla dzieci i młodzieży, ale dla mnie to jak sentymentalna podróż w przeszłość ponieważ bohaterowie Musierowicz towarzyszyli mi w czasach szkoły podstawowej, a nawet na początku nauki w liceum, kiedy zaczęłam sięgać po zdecydowanie bardziej „dorosłe” lektury. Pomimo tego, że mój gust czytelniczy zmieniał się, na półce nadal poczesne miejsce zajmowali moi ukochani zaczytani do imentu książkowi przyjaciele z dzieciństwa: „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Pan Samochodzik”, Dzieci z Bullerbyn, czy wspaniała seria Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim i jego przygodach w różnych zakątkach naszego globu. Myślę, że szczególnie ta ostatnia seria rozbudziła we mnie ciekawość świata i zamiłowanie do podróży.
Małgorzata Musierowicz, autorka „Jeżycjady” urodziła się w Poznaniu, gdzie ukończyła Akademię Sztuk Pięknych. Z zawodu jest grafikiem i nie tylko pisze wspaniałe książki, za które otrzymała wiele nagród, ale również wykonuje świetne okładki i ilustruje swoje powieści. Wiele lat mieszkała w poznańskiej dzielnicy Jeżyce i tam też umieściła akcję swoich powieści. Książkowa rodzina Borejków zamieszkuje starą kamienicę przy ulicy Roosevelta w dzielnicy Jeżyce właśnie.
Warto wspomnieć, że autorka jest siostrą zmarłego przed kilkoma dniami poety, wybitnego tłumacza poezji angielskiej Stanisława Barańczaka.
| Sąsiad Chobot w pełnej krasie |
„Wnuczka do orzechów” to dwudziesta część „Jeżycjady” - tym razem bohaterowie opuszczają upalny Poznań i udają się na wakacyjny wypoczynek, by wśród wielkopolskich pól i lasów odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku. Po wielu namowach decydują się na to nawet seniorzy rodu: emerytowany filolog klasyczny Ignacy Borejko oraz jego żona Mila. Oprócz dobrze znanych z poprzednich książek postaci, pojawiają się zupełnie nowe, jak na przykład siedemnastoletnia Dorota Rumianek – wzór cnót wszelakich, jej urocza babcia oraz surowa, lecz obdarzona wielkim sercem – ciocia-babcia. Jest też niewylewający za kołnierz sąsiad Chobot, którego niezobowiązujący sposób bycia (stary podkoszulek i gumiaki) oraz uwagi wygłaszane gwarą wielkopolską spowodowały, że czytając chichotałam radośnie jak dziecko.
Pojawia się też wątek miłosny, ale szczegółów nie zdradzę – przeczytajcie sami.
Przyznam, że mimo tego, iż „Wnuczka..” jest przeznaczona dla znacznie młodszego czytelnika, niż ja, to jest to jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2014 roku.
Ciekawa fabuła, inteligentne dialogi, wyraziste postacie, to wszystko sprawia, że polecam tę książkę również tym, którzy "naście lat" skończyli już jakiś czas temu. Małgorzata Musierowicz lubi ludzi i szanuje swoich czytelników – ciepło i pozytywna energia płynie do nas z każdej ze stron jej powieści. Dla mnie „Jeżycjada” jest jak ciepła kołderka, herbata z miodem, a czasami plasterek na zbolałą duszę – coś co było mi potrzebne w grudniowe pozbawione światła słonecznego dni. Poza tym było to takie antidotum na przygnębienie po lekturze „Angoli”.
Niestety mój zbiór ulubionych książek sprzed lat nie przetrwał przeprowadzek i życiowych zmian. Postanowiłam jednak, że odbuduję moją kolekcję sagi rodziny Borejków (na razie mam dwa tomy) i będę do nich z przyjemnością wracać, gdy zapragnę oderwać się na chwilę od codzienności i zanurzyć się w świat sentymentalnych wspomnień z dzieciństwa.
A jak u Was, czy macie swoje ulubione książki sprzed lat? - proszę podzielcie się swoimi czytelniczymi wspomnieniami w komentarzach.
P.S Ostatnią książkę z mikołajkowej „trójcy” będzie recenzował Leon – to będzie poważna pozycja dla biegaczy– zapraszamy do czytania i komentowania.
Ostatnio zrobiliśmy sobie z Leonem mały mikołajkowy prezent w postaci trzech książek, na które już od dłuższego czasu ostrzyliśmy sobie zęby. Jedną z zamówionych lektur są „Angole” Ewy Winnickiej, reporterki która przemierzyła Wielką Brytanię w poszukiwaniu osób, które zechciały podzielić się z nią historiami związanymi z życiem na emigracji.
Z przeprowadzonych rozmów wyłania się bardzo zróżnicowany portret polskiej emigracji ostatniego dziesięciolecia. Znajdziemy tu również wiele ciekawych spostrzeżeń na temat tytułowych „Angoli”- ich mentalności i podejścia do emigrantów. Ponad trzydzieści historii ukazuje obraz niejednoznaczny – są osoby, które odniosły sukces materialny i zawodowy, dyrektorzy pnący się po szczeblach kariery w londyńskim City, lekarze, przedsiębiorcy, którzy nie mieli obaw przed założeniem własnej działalności gospodarczej na obczyźnie, czy też absolwenci prestiżowych prywatnych szkół, których ukończenie staje się przepustką do kariery.
Na drugim biegunie są historie przejmujące, pełne rozpaczy, beznadziei i utraconych szans. Darwinowski świat, w którym szansę na przetrwanie mają tylko najsilniejsi, a ci słabsi czy nieco bardziej wrażliwi kończą na ulicy, chorują na depresję, a w skrajnych przypadkach popełniają samobójstwa.
Z tych smutnych historii chyba najbardziej zapadła mi opowiedziana przez Marcina, który pracuje w sortowni śmieci, gdzie w warunkach urągającym przepisom bhp znalazło zatrudnienie wielu Polaków, których od bezdomności dzieli jedna wypłata.
Nie znają języka, gnieżdżą się po kilka osób w jednym pokoju zapijając smutki alkoholem. Nie stać ich na bilet powrotny do Polski, a zresztą trudno przyznać się do porażki przed rodziną i znajomymi. Często po prostu nie ma już do czego wracać więc trwają w tym, jak to określiła jedna z bohaterek, „półżyciu”.
Kolejna z opowieści, która szczególnie mnie poruszyła to historia Basi, która podjęła nierówną walkę ze znaną siecią hoteli, gdzie pracowała wraz z innymi pokojówkami z Europy Wschodniej. Walczyła o przestrzeganie praw pracowniczych czym zyskała zainteresowanie związków zawodowych, pojawiła się w brytyjskich mediach. Nie jest to niestety historia z happy endem rodem z hollywoodzkich filmów- sprawa została wyciszona, a bohaterka jest bez pracy i walczy z depresją pozostawiona sama sobie.
Brytyjczycy opisywani przez emigrantów to społeczeństwo kastowe, w którym różnice społeczne są bardzo wyraźne. Z drugiej strony, Wielka Brytania to tygiel kulturowy, który bywa fascynujący, ale i niebezpieczny.
Tak jak w historii Marka z Londynu, który ciesząc się niezłą posadą i domem w dobrej dzielnicy bał się o życie w czasie zamieszek na tle rasowym w Londynie w 2011. Wokół jego domu szalał armagedon - podpalano samochody i budynki mieszkalne, plądrowano sklepy, a mieszkańcy byli zdani tylko na siebie. Sytuacja była tak krytyczna, że policja nie interweniowała ze strachu o własne życie.
„Znów dziś myślałem o emigracji, to jest melodia mojej generacji”- śpiewa T.Love. Mnie też zdarza się myśleć o wyjeździe z kraju, kilka bliskich mi osób już od dawna układa sobie życie za granicą. Szacuje się, że wyjechały ponad dwa miliony osób, wielu rozważa wyjazd jeśli nie na stałe, to przynajmniej na jakiś czas. Dlatego w obecnej sytuacji „Angole” to ważna i aktualna książka, która pokazuje jaka wysoka może być cena emigracji. Daje do myślenia – zdecydowanie polecam.
![]() |
| Ewa Winnicka - "Angole" |
Z przeprowadzonych rozmów wyłania się bardzo zróżnicowany portret polskiej emigracji ostatniego dziesięciolecia. Znajdziemy tu również wiele ciekawych spostrzeżeń na temat tytułowych „Angoli”- ich mentalności i podejścia do emigrantów. Ponad trzydzieści historii ukazuje obraz niejednoznaczny – są osoby, które odniosły sukces materialny i zawodowy, dyrektorzy pnący się po szczeblach kariery w londyńskim City, lekarze, przedsiębiorcy, którzy nie mieli obaw przed założeniem własnej działalności gospodarczej na obczyźnie, czy też absolwenci prestiżowych prywatnych szkół, których ukończenie staje się przepustką do kariery.
Na drugim biegunie są historie przejmujące, pełne rozpaczy, beznadziei i utraconych szans. Darwinowski świat, w którym szansę na przetrwanie mają tylko najsilniejsi, a ci słabsi czy nieco bardziej wrażliwi kończą na ulicy, chorują na depresję, a w skrajnych przypadkach popełniają samobójstwa.
Z tych smutnych historii chyba najbardziej zapadła mi opowiedziana przez Marcina, który pracuje w sortowni śmieci, gdzie w warunkach urągającym przepisom bhp znalazło zatrudnienie wielu Polaków, których od bezdomności dzieli jedna wypłata.
Nie znają języka, gnieżdżą się po kilka osób w jednym pokoju zapijając smutki alkoholem. Nie stać ich na bilet powrotny do Polski, a zresztą trudno przyznać się do porażki przed rodziną i znajomymi. Często po prostu nie ma już do czego wracać więc trwają w tym, jak to określiła jedna z bohaterek, „półżyciu”.
Kolejna z opowieści, która szczególnie mnie poruszyła to historia Basi, która podjęła nierówną walkę ze znaną siecią hoteli, gdzie pracowała wraz z innymi pokojówkami z Europy Wschodniej. Walczyła o przestrzeganie praw pracowniczych czym zyskała zainteresowanie związków zawodowych, pojawiła się w brytyjskich mediach. Nie jest to niestety historia z happy endem rodem z hollywoodzkich filmów- sprawa została wyciszona, a bohaterka jest bez pracy i walczy z depresją pozostawiona sama sobie.
Brytyjczycy opisywani przez emigrantów to społeczeństwo kastowe, w którym różnice społeczne są bardzo wyraźne. Z drugiej strony, Wielka Brytania to tygiel kulturowy, który bywa fascynujący, ale i niebezpieczny.Tak jak w historii Marka z Londynu, który ciesząc się niezłą posadą i domem w dobrej dzielnicy bał się o życie w czasie zamieszek na tle rasowym w Londynie w 2011. Wokół jego domu szalał armagedon - podpalano samochody i budynki mieszkalne, plądrowano sklepy, a mieszkańcy byli zdani tylko na siebie. Sytuacja była tak krytyczna, że policja nie interweniowała ze strachu o własne życie.
„Znów dziś myślałem o emigracji, to jest melodia mojej generacji”- śpiewa T.Love. Mnie też zdarza się myśleć o wyjeździe z kraju, kilka bliskich mi osób już od dawna układa sobie życie za granicą. Szacuje się, że wyjechały ponad dwa miliony osób, wielu rozważa wyjazd jeśli nie na stałe, to przynajmniej na jakiś czas. Dlatego w obecnej sytuacji „Angole” to ważna i aktualna książka, która pokazuje jaka wysoka może być cena emigracji. Daje do myślenia – zdecydowanie polecam.
"O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Trafiłem na tę książeczkę zupełnie przypadkiem, a ponieważ interesuję się bieganiem, postanowiłem ją przeczytać.
Cóż mogę o niej napisać? Polecam! Z całego serca polecam. Książka Murakamiego to coś w rodzaju pisanego w przedziale czasowym pamiętnika. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest to męski odpowiednik "I jak tu nie biegać" Beaty Sadowskiej.
- Na głowę upadł - powie ktoś - Porównywać Murakamiego z Sadowską! Toż to świętokradztwo niemalże!
Nie mam oczywiście zamiaru porównywać tych dwóch Autorów jako autorów właśnie. Chodzi mi raczej o to, że, tak jak "I jak tu nie biegać" jest wg mnie, bieganiem widzianym z perspektywy kobiety, tak "O czym mówię..." jest bieganiem widzianym z perspektywy długo już biegającego mężczyzny.
Murakami w swojej książce nie podaje planów, nie opisuje teorii, nie rozwodzi się na temat technicznej strony biegania. Nie znajdziesz tutaj gotowych recept na przebiegnięcie określonego dystansu w określonym czasie. Autor opisuje raczej bieganie widziane ze swojej perspektywy. Bieganie widziane z perspektywy powieściopisarza, który pewnego dnia zaczął biegać.
Autor dzieli się z nami swoimi przemyśleniami i odczuciami dotyczącymi biegania, ale nie tylko. Co jest - moim zdaniem - warte uwagi, nie postrzega biegania jako stricte technicznego procesu składającego się z poruszania nogami w określony sposób i w określonym tempie. Opisuje nam bieganie w szerszej perspektywie: jako część życia, jako proces fizyczno-duchowy. Myślę, że wielu biegaczy, doznaje podobnych - jak autor tej książki - odczuć podczas długich, samotnych biegów.
Nie chcę w tym miejscu robić z biegania jakiejś, Boże broń, skomplikowanej filozofii podszytej wschodnią duchowością. Coś jednak w tym jest. Bieganie, przynajmniej na poziomie amatorskim - i mówię to już z własnego doświadczenia - wprowadza do życia pewien rodzaj uporządkowania, harmonii. Daje czas na wyciszenie, na pomyślenie sobie o wszystkim i o niczym, pozwala wrócić z biegu z "lekką głową", pozwala zdystansować się od codzienności. Daje energię i pomysły. Jednocześnie wymaga systematyczności i wytrwałości. Wynagradza, lecz w dłuższej perspektywie czasowej. Tak ja to przynajmniej widzę.
Książka Murakamiego jest książką miejscami poważną, miejscami zabawną. Na pewno jednak jest książką wartą przeczytania. Nie wiem, być może po prostu bardzo mi podpasował styl, w jakim Murakami wyraża swoje myśli. Taki niespieszny, płynny i - rzekłbym nawet - delikatny sposób prowadzenia narracji. Styl, który sprawia, że nawet sami nie wiemy, że właśnie dotarliśmy do końca tej fascynującej opowieści nie o życiu w biegu, lecz o życiu-w-bieganiu...
Cóż mogę o niej napisać? Polecam! Z całego serca polecam. Książka Murakamiego to coś w rodzaju pisanego w przedziale czasowym pamiętnika. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest to męski odpowiednik "I jak tu nie biegać" Beaty Sadowskiej.
- Na głowę upadł - powie ktoś - Porównywać Murakamiego z Sadowską! Toż to świętokradztwo niemalże!
Nie mam oczywiście zamiaru porównywać tych dwóch Autorów jako autorów właśnie. Chodzi mi raczej o to, że, tak jak "I jak tu nie biegać" jest wg mnie, bieganiem widzianym z perspektywy kobiety, tak "O czym mówię..." jest bieganiem widzianym z perspektywy długo już biegającego mężczyzny.
Murakami w swojej książce nie podaje planów, nie opisuje teorii, nie rozwodzi się na temat technicznej strony biegania. Nie znajdziesz tutaj gotowych recept na przebiegnięcie określonego dystansu w określonym czasie. Autor opisuje raczej bieganie widziane ze swojej perspektywy. Bieganie widziane z perspektywy powieściopisarza, który pewnego dnia zaczął biegać.
Autor dzieli się z nami swoimi przemyśleniami i odczuciami dotyczącymi biegania, ale nie tylko. Co jest - moim zdaniem - warte uwagi, nie postrzega biegania jako stricte technicznego procesu składającego się z poruszania nogami w określony sposób i w określonym tempie. Opisuje nam bieganie w szerszej perspektywie: jako część życia, jako proces fizyczno-duchowy. Myślę, że wielu biegaczy, doznaje podobnych - jak autor tej książki - odczuć podczas długich, samotnych biegów.
Nie chcę w tym miejscu robić z biegania jakiejś, Boże broń, skomplikowanej filozofii podszytej wschodnią duchowością. Coś jednak w tym jest. Bieganie, przynajmniej na poziomie amatorskim - i mówię to już z własnego doświadczenia - wprowadza do życia pewien rodzaj uporządkowania, harmonii. Daje czas na wyciszenie, na pomyślenie sobie o wszystkim i o niczym, pozwala wrócić z biegu z "lekką głową", pozwala zdystansować się od codzienności. Daje energię i pomysły. Jednocześnie wymaga systematyczności i wytrwałości. Wynagradza, lecz w dłuższej perspektywie czasowej. Tak ja to przynajmniej widzę.
Książka Murakamiego jest książką miejscami poważną, miejscami zabawną. Na pewno jednak jest książką wartą przeczytania. Nie wiem, być może po prostu bardzo mi podpasował styl, w jakim Murakami wyraża swoje myśli. Taki niespieszny, płynny i - rzekłbym nawet - delikatny sposób prowadzenia narracji. Styl, który sprawia, że nawet sami nie wiemy, że właśnie dotarliśmy do końca tej fascynującej opowieści nie o życiu w biegu, lecz o życiu-w-bieganiu...























